Wywiady

Jak się zostaje tropicielką dziwności? Z Katarzyną Przybyłą rozmawia Dominik Sołowiej

Dominik Sołowiej: Pani Katarzyno, wydała Pani w naszym wydawnictwie 3 tomiki wierszy. Pani debiutem był tomik „Pory roku”. Później pojawiła się książka „Linia życia”. A teraz ukazał się tomik „Eksperymentalna ekwiwalencja życia”. To spory dorobek literacki. Jak się zaczęła Pani fascynacja poezją? Czy na początku była lektura wierszy innych poetów i poetek, a później pierwsze próby literackie?

Katarzyna Przybyła: Cóż, zadaje Pan standardowe pytania, a w moim życiu wszystko jest nietypowe. I trudno mi dopasować moje nietypowe życie do typowych pytań. Zawsze mam z tym problem, na przykład podczas przedstawiania się, gdy trzeba odpowiedzieć na pytania w stylu: „jaki jest mój zawód” albo „czym się zajmuję”. Pytanie: „Jak się zaczęła Pani fascynacja poezją?” należy do podobnych.

Wydałam, owszem trzy tomiki „czegoś”, co należy jakoś zaklasyfikować, a ponieważ umownie uważa się, że rozczłonkowana graficznie jest poezja, tak zostałam „poetką”. Mam absolutną świadomość, że żadna to poezja i w ogóle nie uważam, że tworzę poezję w klasycznym tego słowa znaczeniu (niech teoretycy literatury to rozstrzygają, mnie jest obojętne).

Osobiście uważam, że to coś, co wychodzi spod mojego pióra, to nowy gatunek: „poezja prymitywna symboliczna”, której efektem są wirsze, nie wiersze.

Ale pytanie było o moją fascynację „prawdziwą” poezją. Owszem, od zawsze fascynuje mnie cała literatura z jej nieskończonymi możliwościami. Gdy byłam wystarczająco „dorosła”, żeby móc wyrobić sobie kartę do Biblioteki Narodowej (wówczas nie było jeszcze tej na Polu Mokotowskim, chodziłam na ul. Koszykową), uciekałam czasem tam na wagary (albo do kina „Moskwa”, albo na pola wilanowskie; przodowałam w ilości godzin nieusprawiedliwionych) i czytałam na przykład Różewicza (potem kibicowałam, żeby to on dostał Nobla, chociaż na pamięć umiem Szymborską, od której zmałpowałam w moim pierwszym tomiku oparcie utworów o „barokowy koncept”). Umiem na pamięć trochę wierszy z rożnych epok na wypadek gdybym się znalazła na bezludnej wyspie albo w jakimś innym odizolowanym miejscu (na tej zasadzie w obozach koncentracyjnych działały „kółka literackie”, w których recytowano „z głowy” Słowackiego).

Dominik Sołowiej: Dlaczego wybrała Pani poezję, a nie prozę? Dziś to chyba rodzaj literackiej ekspresji mniej popularny wśród czytelników, bo trudniejszy w odbiorze, bardziej wymagający. A może się mylę?

Katarzyna Przybyła: Ponieważ od zawsze myślałam nietypowo i rozwijałam się nietypowo w moim bardzo, jak wspomniałam, nietypowym życiu, od zawsze też miałam ciągoty do ekspresji graficznej moich myśli i zawsze z tego powodu byłam, nazwijmy to, „prześladowana” w najbliższym otoczeniu, za wszelkie próby zapełniania kartek nieczytelnym pismem o niewiadomej treści. Prawdopodobnie ta obsesyjna kontrola wynikała z podejrzliwości, że mogę wyjawić jakieś „ukryte, które wyjdzie na wierzch”. Właściwie w pewnym sensie zostałam „zaprojektowana” przez moje podejrzliwe otoczenie na tropicielkę dziwności, chociaż oczywiście wciąż zachłystuję się, pomimo wszystko, cudownością świata.

Tak więc, żeby nie przyprawiać moich bliskich o apopleksję, zmniejszałam format moich pism, redukowałam ilość zapisywanych kartek, które leżały przy łóżku w nocy (najlepiej pisze mi się, gdy wybudzę się w nocy i wówczas umysł pracuje zupełnie inaczej oświetlając przemyśliwane w dzień zagadnienia). Z tej kompresji myśli zrodziło się coś akceptowalnego dla bliskich, z którymi żyję pod jednym dachem (cóż tam groźnego można napisać na skrawku papieru, na przykład bilecie).

Dominik Sołowiej: Proszę opowiedzieć o swojej najnowszej książce „Eksperymentalna ekwiwalencja życia”. To tomik w pewnym sensie „antypandemiczny”, aktualny, poświęcony sprawom, z którymi zmagamy się właśnie teraz. Skąd pomysł na poszukiwanie ekwiwalencji życia?

Katarzyna Przybyła: Ha, ha. Nie poszukuję ekwiwalencji życia, tylko opisuję tę, w której żyjemy. I nie skomentuję zawartego w pytaniu komentarza. Każdy ma prawo zobaczyć w tym tomiku tyle i to, co będzie chciał lub/i mógł.

Dominik Sołowiej: W swoich wierszach pisze Pani o Tatrach, porusza kwestie tzw. posthumanizmu, interesuje się filozofią XX wieku. Mnóstwo tematów, mnóstwo oryginalnych refleksji zamkniętych w formie wiersza. Czy ten gatunek jest tak pojemny, że można w nim pisać i o filozofii, i o kondycji współczesnego człowieka?

Katarzyna Przybyła: Nie mam pojęcia, co może pomieścić w sobie wiersz, ponieważ nie piszę wierszy, tylko wirsze. O tak, wirsz jest bardzo pojemny i może sprostać wszystkim tym potrzebom. Zna Pan na pewno malarstwo prymitywne Ociepki albo Nikifora. W katowickiej byłej kopalni węgla zamienionej na kopalnię kultury Muzeum Śląskiego, znajduje się też Galeria Plastyki Nieprofesjonalnej. Najczęściej badacze i różni specjaliści od malarstwa czy kultury klasyfikują twórczość artystów i zaliczają ją do jakichś grup. Ale żeby zostać takim na przykład malarzem prymitywnym trzeba też spełniać określone kryteria: najlepiej być upośledzonym, niepełnosprawnym, niewidomym albo chociaż mieszkać na wsi, wtedy się jest twórcą ludowym. Zostaje jednak pewna ilość artystów, którzy nie pasują do żadnej z grup. Taka ja, nie maluję stopami, mieszkam w Warszawie, zaliczam się do osób zdrowych psychicznie, mimo to chętnie sięgam po pędzel. Nie jestem jednak ani artystką prymitywną (mam za dużo tak zwanego „oleju w głowie”) i nie jestem artystką ludową. Nie należę też do żadnej grupy artystów nieprofesjonalnych, jednak tworzę z lubością prace artystyczne, które wystawiam na ścianach mojego mieszkania (na jednej znajduje się wystawa stała, gdzie wiszą dwa, nazwijmy je, „obrazy”, na innej ścianie wystawa czasowa: trzy prace). Nadałam temu nienazwanemu i nieskatalogowanemu oficjalnie (sama posiadam oczywiście taki spis) typowi twórczości nazwę: „malarstwo prymitywne symboliczne”. Podobnie jest z literaturą, z poezją, z prozą. Kimże jest pisarz, poeta, eseista? Czy tym, który wygrywa konkursy literackie, znajduje sponsorów, ma „dojście” w mediach? Jak nim zostać? Wysłałam ze dwa, trzy razy wiersze na jakiś konkurs literacki. Potem czytam, zgłosiło się tysiąc kandydatów albo trzystu pisarzy z dorobkiem, nazwiskiem oraz debiutantów (konkursy otwarte, demokratyczne). Przyznano tylko drugą i trzecią nagrodę, a w nagrodę za nagrodę opublikuje im się wiersz, pozbawiając praw autorskich na 5 lat czy coś w tym stylu. Chromolić.

Zaczęłam więc uprawiać coś, co nazwałam poezją prymitywną symboliczną, czyli pisać wirsze. Są bezkonkurencyjne, z niczyimi innymi nie można ich porównywać, nie istnieją też specjaliści, którzy mogą je oceniać i wypowiadać się, czy są „dobre”. To wolna twórczość wolnego człowieka. Nie szukam też sponsorów, nikomu nie muszę się podlizywać, spełniać niczyich oczekiwań ani zapotrzebowania rynku. Mogę i pragnę zostać pisarką niszową.

Czy taka twórczość jest pojemna? O, jakże pojemna. Można w niej zapleść warkocz z nieokiełznanej wyobraźni i sporej dawki wiedzy, a jako trzecie pasmo dodać dyskretną nutkę humoru, żeby się nie zakrztusić i nie spowodować jakiejś zarazy śmiertelnej powagi u czytelników.

Dominik Sołowiej: Jak się pracuje nad tomem poezji? Czy pisząc wiersz myśli Pani o całej książce? A może każdy tekst powstaje „w oderwaniu”, jest zamkniętą całością, która

Related Articles

Back to top button