Fragmenty

Fragment książki Mariusza Michalaka „Mit”

Mit

PROLOG

Bemowo. Dzielnica Warszawy położona w lewobrzeżnej części stolicy Polski, o powierzchni dwudziestu czterech i dziewięćdziesieciu pięciu setnych kilometra kwadratowego zamieszkiwanych przez prawie sto dwadzieścia cztery tysiące ludzi, ma bardzo zindustrializowaną i militarną strukturę.

Czarek Budzyński, pochodzący z Ochoty siedemnastoletni uczeń Technikum Elektronicznego nr 2 im. Synów Pułku na Żoliborzu, jechał bezcelowo swoim zabytkowym motocyklem Junak M10 pamiętającym zamierzchłe czasy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Zegarek na jego lewym nadgarstku wskazywał piątą trzydzieści pięć rano. Robiło się coraz widniej, obowiązywał bowiem czas letni i słońce wschodziło już przed piątą rano. Nim chłopak się obejrzał, nastał poranek i pomarańczowe snopy światła wydobywające się z lamp latarni właśnie zgasły. Budzyński wiedział, że powinien wracać do domu, jeżeli nie chce oberwać od apodyktycznego ojca.

Zakręcił motocyklem w drugą stronę i wracał przemierzoną trasą na Ochotę, gdzie mieszkał od urodzenia. Gnając na złamanie karku swoim jednośladowcem, w pewnym momencie zauważył coś, co wziął za padlinę jelenia. Sęk w tym, że truchło jelenia w centrum dzielnicy było czymś raczej niespotykanym. Chłopak zaparkował junaka, zerwał się z siedziska motocykla i chwyciwszy latarkę, oświetlił miejsce, w którym bezwładnie spoczywała „padlina”.

Intuicja go nie zawiodła. Nie był to jeleń, tylko człowiek – mężczyzna w podeszłym wieku. Miał posiwiałe włosy z widocznymi zakolami i rozharatane podbrzusze, z którego wypływała karminowa posoka, wsiąkając w brudnawy garnitur delikwenta. Z kieszeni garnituru mężczyzny wypadł dowód osobisty na nazwisko Gustaw Malicki.

Wszystko wskazywało na zabójstwo popełnione w stanie silnego wzburzenia, na korpusie zmarły miał bowiem wiele ran kłutych. Były praktycznie wszędzie, na każdym milimetrze ciała. Przerażony Budzyński wyjął z kieszeni kurtki telefon komórkowy i wystukał na ekranie dotykowym numer 112.

– Halo, policja? Chciałem zgłosić, że znalazłem trupa – zakomunikował z przerażeniem w głosie, ledwo dukając. – Na Bemowie, nieopodal jakichś ruin. Tak… znalazłem trupa. Nie wiem, jak długo tu leży. Znalazłem go przed chwilą. Weźcie kogoś przyślijcie.

Tymczasem potencjalny morderca starszego mężczyzny stał w zaroślach i obserwował sterczącego nad jego ofiarą Budzyńskiego, który dzwonił na policję. Gdy próbował się oddalić, nadepnął na butelkę po wódce i chłopak go zauważył. Typ spanikował i uciekł przez dawny klasztor zakonu cystersów (aktualnie w ruinie), w którym nie było nic poza mchem i skamielinami. Mężczyzna biegł, jakby go goniło stado diabłów. Wyrzucił do wyschniętej od dawna studni narzędzie zbrodni: sztylet z kuriozalną rękojeścią i równie kuriozalnym trójstronnym ostrzem.

Okrwawiony sztylet poleciał na samo dno studni, sam morderca zniknął zaś jak kamfora w ruinach klasztoru. Budzyński usiłował dogonić nieznajomego na swoim junaku, ale zgubił go w ciemnościach. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał odnośnie do tego człowieka, był fakt, że wyrzucił on nóż do studni.

– O Boże! – wykrzyknęła pewna kobieta przechadzająca się po Bemowie, która też natknęła się na zwłoki mężczyzny.

– Niech się pani nie zbliża – rzekł Budzyński i odsunął kobietę od zwłok.

– To radny Malicki. Kto mu to zrobił?! – spytała zszokowana kobieta, rozpoznawszy w denacie radnego tejże dzielnicy.

– Nie wiem, ale ten ktoś chyba wyrzucił nóż do studni – odparł Budzyński, marszcząc brwi.

Related Articles

Back to top button