Fragmenty

Fragment książki Krystyny Jarockiej „Kocie szlaki”

Kocie szlaki

ŻYCIE RODZINNE

A najważniejsze teraz było nie to, zdawało jej się, co ona myśli i czuje, ale to, że nie umiała się z tego zaklętego kręgu wyrwać.

Nie umiała czy nie chciała?

Próbowała zastanowić się nad tym, ale, jak zwykle w trudnych chwilach, w myślach jej panował zamęt i falami nachodziło ją owo zwątpienie we własne siły – jak zawsze, kiedy była pod wpływem tabletek.

Patrząc na zalane strugami deszczu huśtawki i kolorowe płotki, na głębokie bruzdy i kanały, które ryła w piaszczystej skarpie woda, i ową jesienną już aurę, widzianą przez okno, jeszcze bardziej poddawała się przygnębieniu. Myślała chaotycznie o tym, co należało bezzwłocznie postanowić, jak postąpić, by wreszcie mieć to wszystko za sobą, ale w istocie poddawała się raczej wirowi obrazów ich obojga, siedzących przy stole we wrogim zacietrzewieniu, wykrzykujących plugawe oskarżenia, których nie sposób sobie po chwili przypomnieć; dzieci snujących się z kąta w kąt i raz po raz przywoływanych na świadków tej czy innej racji. Łykanie w przerwach tabletek, kiedy podniecenie sięgało szczytu. W nienawistnym milczeniu następowało rozpatrywanie win i sytuacji, jakie miały miejsce w przeszłości, rażących swą banalnością, i warunków, jakie zaistnieją niechybnie w przyszłości – i wtedy, poprzez nienawiść, żal i rozgoryczenie, wyciągał do niej macki lęk.

Rozerwać ten krąg znaczyło po prostu wepchnąć dzieci w biedę, w biedę autentyczną, jaką znała z pierwszych lat ich związku. Posępnie obliczała, na co jej już nie będzie stać, mając przed oczyma kalejdoskop cen widywanych w czasie wędrówek po mieście. Milczenie dzieci nabierało w jej skołowanej głowie kształtów wyrzutu, by następnie znów zatopić się w obrazach haniebnych scen, podsuwanych usłużnie przez pamięć. Nie! Nie potrafiła nic postanowić. Jeszcze nie teraz.

 M o ż e s i ę t o w s z y s t k o j a k o ś u ł o ż y. Ale gorzka świadomość, że wszystko stracone, nie pozwalała nawet na chwilową ulgę. Machinalnie zmiotła ze stołu okruchy pozostałe po śniadaniu, ale sama myśl o zmyciu naczyń napełniała ją odrazą. Odrazą do robienia czegokolwiek! Odrazą do tego domu, jego ścian, gratów, do nocnych godzin oczekiwania na kroki na klatce schodowej; odrazą do wsłuchiwania się w gorączkowy rytm niepokoju, który pulsował w krtani wściekłym galopem, nie pozwalając zmrużyć oka choć na moment i doprowadzając ją do szału, że ma taką, a nie inną naturę. W takie noce modliła się do Boga, którego istnienie podejrzewała z zabobonnym lękiem, by to, co ma dla niej w zanadrzu, nie było boleśniejsze od dotychczas zsyłanych na nią ciosów. Ale zawsze było boleśniejsze. O stopień napięcia, o większy ładunek goryczy, o ciemniejszy ton w obrazie przyszłości ich rodziny.

Czy istotnie tworzyli rodzinę? W świetle tego mglistego dnia, mimo jego ponurości, blakły nieco koszmarne nocne obrazy. Ich ciemne linie tylko w zestawieniu z jej pragnieniami, tylko w zestawieniu z tym, co sobie wypieściła dawniej w wyobraźni, nabierały kontrastowej czerni. Jeżeli odsuwała tamten różowo-złoty, w świetliste desenie, widok prawdziwie szczęśliwej rodziny – to ten realny miał w sobie co prawda barwy szarego popiołu i wyschłego błota, ale z obecnymi również jaśniejszymi smugami. Te jaśniejsze smugi to było zdrowie dzieci, ich nauka, jej pisanie – azyl, ale najczęściej jedynie namiastka tego, co nieosiągalne. Dlaczego? Nawet bunt, który ogarnął ją w tej chwili, był uczuciem, które następowało w dawno przewidzianej kolejności. Od lat nie było nic oryginalnego ani w ich kłótniach, ani w postępowaniu. Te same słowa, te same gesty i te same towarzyszące im uczucia. Tylko świadomość niemożności porozumienia się była coraz głębsza i coraz głębsze było zniechęcenie do tego, co dawało jakąś tam szansę ratunku.

Wiedziona raczej intuicją niż realizmem, wiedziała aż nadto dobrze, że nic się nie zmieni. Że kompromis, jeszcze jeden kompromis, zapewni co najwyżej na jakiś czas obecny stan rzeczy. Że nie przyniesie porozumienia, a jedynie zawieszenie broni. Ta walka była bowiem prowadzona z czymś, co na pozór nieokreślone i rozrzucone, jak paciorki po wielorakich zjawiskach codziennego bytu – nie tylko ich, ale całego społeczeństwa, bytu szarego tłumu – tu, w czterech ścianach ich domu, przybierało konkretny kształt. To „coś” było jak mityczny smok i jak smok zatruwało swym jadem coraz bliższe kręgi ich labiryntu, aż trucizna dotarła do samego środka i swym smoczym zębem ukąsiła ich rodzinę w samo serce.

Related Articles

Back to top button