Fragmenty

Fragment książki Karoliny Dietrich „Grabarz”

Grabarz

– Ty to dla mnie nigdy nie masz czasu!

– Przestań. Wiesz, że cię kocham – uspokajałam przyjaciółkę. Próbowałam ujarzmić rozwścieczonego lwa.

– Nie idzie się wbić do ciebie na wizytę. – Elka nie umiała ukryć rozczarowania moim zachowaniem.

– Proszę cię, Elka, nie wiem, w co mam ręce włożyć, tylu klientów, a teraz jeszcze ślub i wesele.

– Jesteś pewna, że to ten?

– Jestem, chociaż moja mama robi wszystko, żebym zmieniła zdanie. Ty też będziesz próbować?

– Serce nie sługa. Powiedzmy, że życzę ci wszystkiego najlepszego. Nie chcę się wtrącać. – Uśmiech Elki świadczył, że z chęcią by się wtrąciła, ale nie zrobi tego z racji szacunku do naszej przyjaźni.

– Mam już swoje lata, chcę mieć rodzinę.

– On też chce?

– Jasne, tak mówi. – Robiłam Elce hennę, jak zawsze czarną, nie wymieszaną z brązem, nie taką, jak zazwyczaj życzą sobie klienci, nie przełamaną. Robiłam jej hennę czarną jak węgiel.

– Gdzie będziecie mieszkać? Kupujecie ten dom?

– Tak, ten dom ma duszę. Podoba mi się, w dodatku Kalina jest niedaleko Gniezna. Mierzyłam czas, piętnaście minut i będę w pracy.

– Pamiętasz, jak jeździłyśmy tam nad jezioro do Jankowa Dolnego? Pamiętasz te imprezy?

– Jasne, Elka, spędziłyśmy razem kawał dobrego życia, ale czas dojrzeć, czas założyć rodzinę. Rodzina to moje jedyne marzenie.

– Ja, dopóki nie znajdę milionera, nie zamierzam zmieniać swojego stanu, lubię być panną, nawet jeżeli dla kogoś będę starą panną.

– Kocham cię, Elka, choć tak się różnimy. – Elka w przeciwieństwie do mnie wiedziała, czego chce, uzupełniałyśmy się.

– Dzisiaj mam randkę, gościu z Internetu, Maciej 31.

– Wow, super.

– Zrobisz mi jeszcze hybrydy, te ostatnie nie trzymały mi zbyt długo. Zmieniłaś lakiery, inna firma?

– Nie, ale może coś popierdzieliłam, zdarza mi się pomylić bazę z topem.

– Skup się, laska. Kiedy ty się zmienisz?

Z wielką uwagą ustawiałam preparaty – top po lewej, baza po prawej. Cały czas trajkotałyśmy, nie mogłyśmy się sobą nacieszyć.

– Zrobię ci gratisa, ale za chwilkę przychodzi Bacha, będzie buczeć o opóźnienie.

– Niech spada, gruba dupa. – Zaśmiałyśmy się w głos. Elka zeszła z fotela, żeby zająć miejsce przy biurku do manikiuru.

– Siadaj, może się spóźni.

– Dużo masz dzisiaj pracy? – Elka podpytywała. Pokazałam krzesło gestem ręki, jednak Elka była szybsza. Wcale nie trzeba było jej zapraszać.

– Cholernie dużo, a jeszcze muszę posprzątać, muchy obsrały mi okna. Gabinet kosmetyczny z posranymi przez muchy oknami to nie bardzo, co nie?

– Nie mogą się dostać do środka, to srają na zewnątrz.

– Tak jak ludzie, ale to jest okno i ja to widzę. Na szczęście nie słyszę.

– Weź zatrudnij sprzątaczkę, już dawno ci mówiłam.

– Teraz to mi szkoda kasy. Dom, ślub, nowe życie, liczę każdy grosz.

– Pomogłabym ci w sprzątaniu, ale randka. – Elka zrobiła dziwny dzióbek.

– Spoko, dawaj pazury, bo Bacha nas zbeszta.

– Rób, rób, jak już się do ciebie wbiłam, to cię wykorzystam.

***

Hubert schował się za drzewem, czekając na czarnego mercedesa. Było ciemno, drzewa ukrywały jego postać. Myślał, że zatają także jego tajemnicę. Na wąskiej i pustej ulicy pojawiło się oczekiwane auto. Jadąc pomału, trzydzieści na liczniku, mercedes zbliżył się na odległość metra. Hubert wyszedł z ukrycia. Czarna jak smoła szyba od strony kierowcy uchyliła się do połowy, mężczyzna z samochodu wyjął rękę na przywitanie. Hubert odwzajemnił ten gest, po czym schował dłoń do kieszeni, jakby chciał coś ukryć.

– Kiedy kasa?

– Najpóźniej za trzy dni – odpowiedział Hubert. – Teraz mam wesele, muszę generować każdy grosz.

– To generuj, bo odstrzelimy ci głowę.

– Spoko, spoko, bez nerwów, nie narzekasz chyba na interesy ze mną.

– Na razie nie, ale takich jak ty to już miałem okazję poznać. Nie rób sobie zaległości, bo to zazwyczaj źle się kończy.

– Spokojna twoja rozczochrana. – Hubert spojrzał na łysego karka i po chwili pożałował tych słów. Okno się zamknęło, czarny mercedes odjechał z piskiem opon.

Related Articles

Back to top button