Fragmenty

Fragment książki Anny Pietraszewskiej „Próbowałam ich polubić”

Próbowałam ich polubić

Był rok 1980. To był z wielu względów trudny rok. Pomimo podpisanych umów z „Solidarnością”, w kraju działy się dziwne rzeczy. Czuło się narastający konflikt z władzą. Na naszych oczach odbywały się polityczne prowokacje, język oficjalnej propagandy stawał się nie do zniesienia. Ze sklepów zniknęły te resztki, które jeszcze do niedawna tam stały. W końcu został sam ocet. Mieliśmy poczucie, że władza z nas po prostu kpi. Coraz trudniej przychodziło zaspokajać codzienne najzwyklejsze bytowe potrzeby.

Na ulicach było szaro i smutno, mijaliśmy puste sklepy. Trzeba było walczyć o wszystko, a i tak wszystko zdobywało się tylko przez znajomości. Mechanizm był prosty: kiedy do sklepu rzucili towar, czy potrzebny, czy nie, brało się, jak leci. Następny etap to wymiana towaru. Ja akurat nie mogłam narzekać. Moje szafy były wypchane, a lodówka ledwo się zamykała. Tylko że to wcale nie było pocieszające. Miałam wrażenie, że wygrywam jakiś bezsensowny wyścig z nagrodą zdobycia czegoś, co powinnam zwyczajnie kupić w sklepie za rogiem, bez tych wszystkich skomplikowanych sieci powiązań i wzajemnych uzależnień.

Jedynym rozbłyskiem radości była moja miłość do męża, którego poślubiłam w 1975 roku. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Po ślubie zamieszkaliśmy u moich rodziców, bo – podobnie jak większości młodych małżeństw – nie stać nas było na własne lokum. Ja pracowałam w księgowości i zaczynałam szkołę kosmetyczną, a mąż był zatrudniony w pogotowiu ratunkowym.

Po ukończeniu szkoły zaczęłam pracę jako kosmetyczka. Mój mąż zwolnił się z pracy i, co wiązało się w tamtych czasach z dużym ryzykiem, otworzył sklep. Był koniec lat siedemdziesiątych. W świecie pustych sklepów i wymiany towarowej uplasowaliśmy się na uprzywilejowanych pozycjach. Opływaliśmy w socjalistyczne luksusy do tego stopnia, że któregoś dnia moja mama powiedziała: „Nie przynoś więcej polędwicy, bo nie mam gdzie już tego zamrażać”. Polędwica! Mogłam ją przynosić kilogramami, bo akurat miałam taką możliwość. Brało się wszystko, byle tylko nie stracić znajomości i wejść, a tak naprawdę kanałów przerzutowych typu: ty masz polędwicę, a ja mam przydział na materiały budowlane czy jakieś tam inne dobra, które w normalnym świecie po prostu się kupuje.

Jednak te moje możliwości nie uchroniły mnie od stania w kolejkach. Przygnębiające kolejki! Nigdy się do nich nie przyzwyczaiłam. Wolałam zapłacić każdą cenę, byleby tylko je ominąć. Pamiętam, jak udało się nam zdobyć meblościankę typu Łask, decydując się na krucjatę kolejkową. Byliśmy świeżo po ślubie i trzeba było jakoś urządzić jeden pokój u rodziców. Ułożyliśmy plan i stanęliśmy z mężem w kolejce. Ja w dzień, on w nocy. Następnego dnia późnym wieczorem zdobyliśmy meblościankę, nawet udało się dokupić ławę. Kiedy doczołgałam się do domu, przyrzekłam sobie, że już w żadnej większej kolejce nie stanę.

Pokój, w którym mieszkaliśmy, miał malutką wnękę, w której urządziliśmy kuchnię. Kuchenkę mieliśmy, ale brakowało nam zlewozmywaka. Taki rarytas był nie do kupienia, podobnie jak dywan perski, o którym nieśmiało marzyliśmy. Jeśli chodzi o zlewozmywak, to mieliśmy szczęście. Przypomniałam sobie, że moja dalsza kuzynka pracuje w biurze budowlanym! Zgłosiłam się do niej. Niczego nie mogła obiecać, ale przyrzekła pomóc. Po kilku tygodniach przyjechała do nas i, nie mogliśmy uwierzyć, załatwiła mały zlewik. Podobno wpisała go na listę strat (zbił się w transporcie). W ten sposób zostaliśmy właścicielami ostatniego elementu wyposażenia naszej kuchennej wnęki. Och, jaka to była radość!

Related Articles

Back to top button