Fragmenty

Fragment książki Andrzeja Świdlickiego „Wisielec z ulicy motyli”

Wydekoltowane bluzki z lichego dżerseju uwydatniały wypukłości tlenionych blondynek w minispódniczkach ze sztucznej skóry. Kobiety falowały biodrami jak statek burtami, ciągnąc za sobą welon radzieckich perfum niczym powiew egzotycznych mórz. Obcisłe ubranie nadawało ich ruchom dystynkcji. Szły krokiem niespiesznym, powłóczystym, zachęcając przechodniów do magicznego teatrzyku we dwoje na tyłach podwórkowej bramy. Były pulsem ulicy. W mdłym świetle można by je wziąć za nimfy ostrzegające żeglarzy przed podwodnymi rafami. Za dnia przystawały przed sklepowymi gablotami, przypominającymi rozmiarem – jeśli nie przeznaczeniem – sporej wielkości akwaria.

Pływała w nich chałupnicza produkcja damskiej konfekcji, naśladująca wypadłe z obiegu francuskie pierwowzory kopiowane w pobliskich suterenach z niegdysiejszych żurnali przemyconych przez marynarzy lub dyplomatów. Damska garsonka skopiowana z „Elle” lub „Marie Claire” była wyrazem niedostępnego masom gustu i elegancji, ale tak jak u bliskowschodnich czy północnoafrykańskich nomadów, gdzie wyznacznikiem statusu była biżuteria żony, tak w PRL-u były nimi kołnierze z syberyjskiego lisa. Przywozili je towarzysze ze służbowych delegacji do Kraju Rad; odsprzedawane nieuspołecznionemu handlowi czyniły znośnym trud przewodzenia masom. Kołnierze z syberyjskiego lisa szczelnie otulające szyje partyjnych żon sugerowały, że małżonek miał kontakty w Moskwie, skąd płynęła światłość i gdzie znajdował się kurek rurociągu „Przyjaźń”.

A jeśli kontaktów nie miał, tym bardziej zależało mu, by żona paradowała w futrze z właściwym kołnierzem, by stworzyć wrażenie, że awansował w hierarchii partyjnej. Kobiety znały ich wartość i nie oddawały szatniarzom nawet w restauracji Sofia usytuowanej na wprost Domu Partii. Gdy się rozbierały, lisi kołnierz zdejmowały na końcu.

Na górnej półce wystawowych gablot prężył się koniak Napoleon, dostępny w komisowej sprzedaży za połowę średniej miesięcznej pensji. Cesarz Francuzów miał dobry powód, by się pysznić: rozwiązywał języki, otwierał drzwi ważnych gabinetów, nastawiał życzliwie urzędników do petentów, skracał kolejki do reglamentowanych dóbr. Był grubym zwierzem z dżungli kapitalizmu na socjalistycznym pustkowiu. Miał jedną z najwyższych w tamtych czasach rozpoznawalność marki towarowej, przed którą pomniejsze trunki pierzchały w popłochu.

Cały ten kram podróbek, trzymany w posłuchu przez cesarski koniak, był dla kobiet ubranych obciśle i przykrótko magicznym sezamem. W mężczyznach przychodzących tu dla zabicia czasu lub zaspokojenia głodu towarów wyższej jakości doszukiwały się dżina zdolnego otworzyć go specjalnie dla nich. Jeśli w ich z lekka szklanym spojrzeniu była nadzieja na spotkanie dewizowego turysty, to skrywały ją starannie pod kładzionym grubo makijażem wystudiowanej obojętności.

Tak sublokator zapamiętał tę ulicę z czasów, gdy uważał ją za swoją. Warszawa była wówczas miastem szerokich ulic zaprojektowanych dla pochodów poparcia i wyzwolicielskich czołgów, z wciąż niezaleczonymi wojennymi okaleczeniami, ale już z położonymi solidnie podwalinami pod mający nadejść wiek motoryzacji zapoczątkowany przez Edwarda Gierka małym fiatem. Czas odmierzały zegarki Sekonda, szyku zadawali szpanerzy w obcisłych spodniach z nogawkami poszerzonymi u dołu, a kobiety odkryły, że socjalizmu nie dało pogodzić się z powszechnym dostępem do nylonowych pończoch.

Obliczem prywatnej rzemieślniczej inicjatywy były sklepikarki nieustannie przepoczwarzające się w różne stadia owadziego życia. Były odstraszające klientów sklepikarki-poczwarki, żyjące nocą sklepikarki-ćmy i z rzadka rozwijające skrzydła sklepikarki-motyle. Wszystkie zgodnym chórem pytały: „No i co się pan gapisz?”.

Related Articles

Back to top button