Wywiady

„Czuję konieczność pisania”. Z pisarką Krystyną Jarocką rozmawia Dominik Sołowiej

– Dominik Sołowiej: Pani Krystyno, ma Pani na swoim koncie trzy książki wydane nakładem wydawnictwa Borgis. Zanim o nich porozmawiamy, chciałbym zapytać o to, czym jest dla Pani pisanie. Kiedy odkryła Pani potrzebę takiej właśnie ekspresji?

– Krystyna Jarocka: Bardzo wcześnie. Pisałam już w podstawówce, ale oczywiście w tajemnicy i były to rzecz jasna takie sobie kulawe próby przedstawienia, postrzeganej przez dość emocjonalną nastolatkę, rzeczywistości. Może brało się to stąd, że książki były dla mnie jakby drugim światem. O wiele bardziej frapującym niż ten realny. Czytałam wszystko jak leci. Od klasyków po literaturę tzw. produkcyjną czy propagandową. Czytałam Szołochowa, ale i Ostrowskiego, Lwa Tołstoja, ale i Mniszkównę czy Rodziewiczównę. Czytałam ukradkiem pod ławką na nudnych lekcjach, ale i nocami przy latarce, kiedy ojciec wykręcał mi żarówkę, bym nie zarywała nocy. Stąd się chyba wzięła moja pasja, by zasmarowywać zeszyty własną twórczością. Dopiero jednak w szkole średniej zainteresowały mnie konkursy literackie i odważyłam się wziąć w jednym z nich udział. Był to już czas dojrzewania, kiedy dość krytycznie postrzega się świat. Napisałam o swoich spostrzeżeniach dotyczących warunków bytowania niektórych rodzin, odwiedzanych przez nas, przyszłych pedagogów, w ramach praktyk szkolnych. Coś tam też napisałam o naszej szkole, co nastawiło dyrektora do mnie dość sceptycznie. Dostałam wyróżnienie w poznańskim „Nurcie”, co pozwoliło mi nabrać niejakiej pewności siebie.

– Czy pamięta Pani pracę nad swoją pierwszą książką? Jak się ją pisało? 

– Pierwszą powieść napisałam po roku pracy w szkole na pograniczu zachodnim. Napisałam ją, można powiedzieć, „jednym tchem”, z pasją, po gorzkich doświadczeniach bytowania w środowisku całkowicie sobie obcym. Wracałam do niej po kilkakroć, gdyż odczytując to, co napisałam, dochodziłam do wniosku, że jest to zbyt emocjonalne, w niektórych fragmentach ocierające się wprost o grafomanię. Musiałam odczekać parę lat, by sobie to na nowo poukładać. Wysłałam ją do wydawnictwa, ale jej nie przyjęto. Ograniczałam się więc do wysyłania krótkich form na konkursy. Czasem mnie nagradzano, czasem nawet drukowano w pismach literackich, wobec czego znów nabrałam nadziei, że to, co piszę, ma jakąś wartość. Zabrałam się zatem za drugą powieść, ale znów mi ją odrzucono. Zapakowałam wobec tego oba maszynopisy w pudełko od butów i wrzuciłam na dno szafy. Przeleżały tak kilkadziesiąt lat. Wracałam do pisania sporadycznie. Znów zaczęłam wysyłać swoje utwory na konkursy i wstyd powiedzieć, ale teraz już z premedytacją. Te zastrzyki gotówki, choć niewielkie, bardzo mi się przydawały w tamtych siermiężnych czasach. Za „Oazę” w Ogólnopolskim Międzyuczelnianym Konkursie mogłam kupić uniwersyteckie podręczniki, „Nurt” za samo wyróżnienie zapłacił mi tyle, że mogłam przez kwartał samodzielnie opłacić akademik w Poznaniu. Trzecią powieść, „Wędrowne ptaki”, napisałam już konkretnie na konkurs, organizowany przez Wydawnictwo Spółdzielcze. Otrzymałam III miejsce i dość znaczną nagrodę pieniężną, co pozwoliło mi bez wyrzutów sumienia wydawać w ostatnich czterech latach nowego wieku swoje utwory własnym kosztem w wydawnictwach takich jak Wasze. 

– Pani książki są bardzo różne. Pisze Pani o Dawidzie – królu Izraela, zabierając nas do biblijnych czasów. W „Medei z kraju Lechitów” przenosimy się do 1968 roku i czasów nam współczesnych. A „Kocie szlaki” to lektura bardzo psychologiczna, mocno skupiona na emocjach i uczuciach człowieka. Skąd czerpie Pani pomysły?

– To prawda. Moje książki są bardzo różne tematycznie. Zawsze lubiłam rozmawiać z ludźmi, słuchać ich zwierzeń, ale też zdobywałam doświadczenie w wielu zawodach, które pozwoliło mi przyjrzeć się problemom z różnych punktów widzenia. Oczywiście, aby pisać, trzeba mieć pewną wrażliwość, pewne zaangażowanie uczuciowe, a z drugiej strony trzeba sobie nałożyć pewne hamulce, by móc przedstawiać świat w miarę obiektywnie, bez zbędnych emocji, które często ocierają się o grafomaństwo. Żeby pisać, trzeba mieć pewne doświadczenie, ale i wyrobienie literackie. Na dobrą książkę składa się potężny wagon przeczytanych utworów innych twórców. Przez lata wyrabia się smak estetyczny, jeżeli chce się tworzyć literaturę nie straganową, a tę prawdziwą, nie tylko odzwierciedlającą życie, ale co ważniejsze, mającą coś do powiedzenia czytelnikowi, dostarczającą mu tego niezbędnego w dziele katharsis. Mówię tu oczywiście o literaturze psychologiczno-obyczajowej, jaką prezentują moje utwory.

W „Kocich szlakach” zebrałam opowiadania pisane na konkursy. Wiele z nich opublikowano w różnych czasopismach. Są wynikiem moich długoletnich kontaktów z ludźmi borykającymi się z naszą siermiężną rzeczywistością za czasów PRL, drobnymi rolnikami, starającymi się utrzymać na powierzchni, mimo bezmyślnej machiny ówczesnych rządów, czy okaleczonymi przez system rodzinami, wyługowanymi z uczuć, pozbawionymi nadziei na lepsze. Starałam się ukazać naszą rzeczywistość w różnych środowiskach, bohaterów w różnych sytuacjach życiowych jak najrzetelniej.

Nie piszę niczego, czego bym sama nie przeżyła czy nie zrozumiała. Taka jest też saga „Medea z kraju Lechitów”. Losy ludzi żyjących w tamtych czasach ze mną i obok mnie, losy, o których się słyszało, które znało się z opowiadań naocznych świadków. W których psychikę starałam się wniknąć. Starałam się ukazać w tym utworze tę grupę społeczną, najliczniejszą, jak mi się zdaje, która, żywiąc szalone nadzieje na zmiany, doznała gorzkich smaków wolności w czasach transformacji. 

– Czy ma Pani swoje rytuały pisarskie, które pomagają w tworzeniu powieści?

– Rytuały? Nie wydaje mi się. Noszę w sobie przez jakiś czas pomysł, a bardziej sytuację, jakiej byłam świadkiem bądź zasłyszaną historię, która mnie zafrapowała. Kiedy już obmyślę zarys postaci, buduję w wyobraźni określoną scenerię. Tak było w mojej ostatniej powieści. Król Dawid był poetą. Głęboko wierzącym, wrażliwym człowiekiem, ale i z konieczności okrutnikiem. Pomyślałam, że najlepiej będzie zastosować retrospekcję. Bohater na łożu śmierci rozpatruje swoje pełne zawirowań życie, w którym jedynym balsamem na wszystkie cierpienia okazuje się twórczość. Ta wspaniała wena, tak ulotna, a jednocześnie pozwalająca na doznanie nirwany. I pierwszy rozdział taki właśnie jest. Potem bohater stawia przed twórcą wymogi: narzuca swoją własną wolę. Jeżeli ma być prawdziwy, wymaga od twórcy nieustannej uwagi, by tak opisywać jego losy i uczucia, aby nie wkradł się w nie fałsz. Dlatego pisze się czasem bardzo łatwo, z pasją, mając świadomość, że to, co wychodzi spod klawiszy, jest prawdziwe, a czasem porzuca się tekst na kilka dni, czasem tygodni i wpada się w rozdrażnienie, albo, co gorsza, traci się wiarę w siebie. „Dawid” jest powieścią o strukturze „kołowej”. Wspomnienia nie są przedstawiane linearnie, ale w nawrotach, jak to bywa ze wspomnieniami. Obok toczy się normalne życie pałacu, miasta, osób postronnych. „Dawida” mogłam napisać dopiero teraz, sama doznając cierpień choroby i starości. 

A więc co pomaga mi w tworzeniu? Oczywiście doświadczenie i trochę tej koniecznej wiedzy o mrokach i blaskach psychiki każdego człowieka. To dlatego zafascynował mnie Król Dawid – jego nieprawdopodobna kariera, wręcz bajeczna. Ale przede wszystkim jego doznania jako poety. Odbieranie świata przez tę, jakby nie było, bogatą naturę, która, będąc zmuszona do okrucieństwa, okrutnikiem jednak nie była. W głębi serca była to natura szlachetna. Co ją taką uczyniło? Dlaczego Dawid, mimo tego, że jako władca musiał czasem dokonywać czynów okrutnych, był człowiekiem współczującym, wyrozumiałym i mimo wszystko szlachetnym? Otóż myślę, że właśnie ta wrażliwość artysty kazała mu pochylać się nad każdym człowiekiem, starać się go zrozumieć, wczuć się w jego doznania. Ta empatia Dawida zafrapowała mnie najbardziej. Jego stosunek do Seula, do Mikal, do Absaloma, a także umiejętność spojrzenia również na siebie samego, oceny krytycznej swoich własnych czynów i uczuć sprawiła, że zapragnęłam ukazać tę postać czytelnikom w zupełnie innym świetle, niż ukazuje ją Stary Testament, którego wersety są mocno lakoniczne. Musiałam w związku z tym nie tylko prześledzić uważnie teksty biblijne, ale i przypisy do niej i opracowania na interesujący mnie temat. Musiałam sięgnąć do literatury fachowej, ale i do tekstów literackich, opisujących obyczaje w Izraelu, a także w Egipcie. Bardzo pomógł mi w tym Mika Waltari. Jego „Egipcjanin Sinuhe” pozwolił mi wprowadzić wątek dotyczący ukochanej żony Salomona, ale i naświetlić usiłowania ówczesnej medycyny, uciekającej się, choć ostrożnie, do narkotyków. Chciałam też pokazać na przykładzie postaci Dawida meandry uczuć, jakie miotają jednostką o bogatej psychice. Czasy biblijne – to tylko sceneria. Dawid jest tak samo współczesny, jak każdy z nas.

– Jaką radę mogłaby Pani dać komuś, kto marzy o tym, by zacząć pisać? Jaki pierwszy krok jest najważniejszy?

– Jaką dać radę komuś, kto, jak ja, czuje konieczność pisania? W zasadzie nie śmiem dawać rad jako ktoś, kogo utwory oficjalne wydawnictwa odrzucały; kto, aby zaistnieć, musiał sam ponosić koszty wydawnicze. Tym bardziej, że słyszy się głosy, iż dzisiaj na własny koszt można wydać każdy chłam. Jednakże, kto kocha literaturę tak jak ja, kto ma w sobie tę nieodzowną wrażliwość na słowo, powinien nieustannie czytać mistrzów, wyrabiać przez to w sobie estetyczny smak. I pisać tylko o tym, co naprawdę zna, co dogłębnie w sobie przetrawił i uznał, że powinien podzielić się tym doznaniem z innymi. I nie pisał „pod publiczkę”, nie uwzględniał poprawności „politycznej” ani żadnej innej. Naczelną zasadą powinna być szczerość i rzetelność. Pisać tak, żeby nie wstydzić się żadnego słowa, które się napisało. To chyba tyle. I aż tyle. 

– Literackie plany na przyszłość. Co planuje i o czym marzy Krystyna Jarocka?

– Literackie plany? Myślę, że po napisaniu ośmiu powieści, obszernych jak „Medea” i mniej obszernych jak „Samotność” czy „Pamiętne lata” oraz trzech zbiorów opowiadań – czas by skończyć. Ale mam coś na tapecie, nie chcę zdradzać, by nie zapeszać. W moim wieku wraca się do wspomnień, nawet tych mrocznych. Pewnie nie zarzucę tego, co świeżo zaczęłam. Bo czy ktoś zainfekowany tak beznadziejnie bakcylem tworzenia, może wydobrzeć?

– Dziękuję za rozmowę.

Related Articles

Back to top button